Transformacja i polityka w DKK
Magdalena Okraska (ur. 1981) – nauczycielka, etnografka, działaczka społeczna. Autorka książki Ziemia jałowa. Opowieść o Zagłębiu, reportażu o skutkach transformacji i „terapii szokowej”. Mieszka w Zawierciu.
KRYTYKA POLITYCZNA 2019
Magdalena Okraska – „Mam lewicowe poglądy. W niedzielę zagłosuję na PiS”
„Mam na tyle marksistowskie poglądy, że potrafię powiedzieć, że socjaldemokracja to zaledwie korekta kapitalizmu. Popieram bezwarunkowo prawo do aborcji na życzenie. Dlaczego zatem głosuję na PiS? Bo jestem przede wszystkim pracownicą.
Od miesięcy toczę o to boje w internetowych dyskusjach i na piwnych spotkaniach ze znajomymi, którzy wpadli z większych miast zobaczyć, co tam u mnie, czasem także z klientami w pracy czy przy rodzinnym stole. Nie wszyscy rozumieją – mam na tyle marksistowskie poglądy, że potrafię powiedzieć, że socjaldemokracja to zaledwie korekta kapitalizmu; w kościele bywam tylko kilka razy w roku i popieram bezwarunkowo prawo do aborcji na życzenie – i to dłużej niż do 12. tygodnia. Na pierwszy rzut oka nie tak wiele łączy mnie z polityką uprawianą przez ludzi, którzy za wspólnotę jednoczącą nas wszystkich uważają naród i religię, i którzy chcą przeforsować rozwiązania uważane przeze mnie za niepożądane, a już na pewno wstrzymać progresywny kurs w sferze obyczajowej.
Zatem dlaczego?
Bo jestem przede wszystkim pracownicą, która latami w „wolnej Polsce” (na rynek pracy weszłam w 2002 r.) zmagała się z małymi możliwościami, niskimi płacami i okresami bezrobocia bez prawa do zasiłku. Bo pracowałam na czarno, zarabiałam 1100 zł, a 600 zł płaciłam za wynajęcie pokoju, i to nie kilkanaście, lecz kilka lat temu. Bo pierwszą umowę o pracę (kwota na rękę 1298 zł) trzymałam w dłoniach w 2015 r. mając 34 lata. Bo zawsze musiałam łączyć kilka prac czy fuch, żeby nie tyle cokolwiek odłożyć, ile utrzymać się na powierzchni. Bo wiedziałam, że miesiąc bez pracy i zarobku może oznaczać mój całkowicie dosłowny koniec. Bo zdarzyło mi się dostać dwa tygodnie na opuszczenie wynajmowanego mieszkania, a nie mieć pieniędzy, by zapłacić za kolejne.
To wszystko nie dlatego, że byłam leniwa, niewykształcona czy bierna. A dlatego, że tanie państwo, gospodarka niskich płac i demografia nie oferowały mi – i tysiącom takich jak ja – niczego ponad umowy o dzieło czy kilkumiesięczne nieozusowane zlecenia, do których trzeba było dorabiać korepetycjami. Trafiłam na „zły czas”, nie miałam zaplecza finansowego, oszczędności, prawa do kredytu mieszkaniowego – zatem w optyce wówczas rządzących nie miałam prawa do umowy o pracę, a nawet do pracy bez umowy, lecz za pozwalającą na przeżycie stawkę.
PiS nie rozwiązał wszystkich problemów pracowników, a w niektórych obszarach spiętrzył nowe (by wymienić chociażby nauczycieli czy pielęgniarki), ale udzielone mu na kredyt zaufanie okazało się nieźle procentować – to pierwsi politycy po 1989 r., którzy po prostu przyszli i zrobili to, co zapowiadali. Niesłychane, prawda? Jesteśmy przyzwyczajeni, że kampania wyborcza to rozkładanie pawiego ogona na kilka tygodni, po upływie których obietnice i zapewnienia odchodzą w niepamięć. Przerabialiśmy to z każdą partią – za pierwszych rządów PiS-u także. Czemu zdecydowali się na tak silną korektę gospodarki i świata pracy właśnie wtedy, w 2015? Bo idealnie wyczuli moment, gdy gniew, rezygnacja i poczucie osierocenia buzowały w ludziach tak mocno, że nie kupowali już słodkich słów i nie cieszyli się już, że polityk dobrze się prezentuje, zna języki i ma rolexa. Moment, kiedy ludzie zapragnęli części tego lepszego świata, tych efektów „zaciskania pasa” dla siebie.
Byłam i jestem wśród tych ludzi.
Minimalna stawka godzinowa na umowie zlecenie sprawia, że zarabiający niedawno 3–5 zł/h zaczynają dostawać dwa czy trzy razy więcej za identyczny wysiłek. Obniżenie wieku emerytalnego to gwarancja, że autobusami nie będą jeździć blisko 70-letni kierowcy, a 65-letnie kobiety nie będą musiały myć podłóg czy siedzieć na kasie przez osiem godzin dziennie. Transfery socjalne, kochane i wyszydzane 500+, to napędzanie koniunktury i cyrkulacji pieniądza. Bo biedni nie chowają ich w skarpecie – biedni wydają.
Mieszkam w 50-tysięcznym mieście, gdzie jeszcze w 2015 r. bezrobocie wynosiło 15%, a kilka lat wcześniej sięgało 20%. Mieszkam w mieście, gdzie posadę sprzątaczki pół dekady temu załatwiało się po znajomości. Takich miast jest w Polsce bardzo wiele – miejsc, gdzie ludzie latami czekali na to, że ktoś wyciągnie do nich rękę.
Z perspektywy miasta powiatowego w ogóle nie rozumiem haseł o „odsuwaniu PiS-u od władzy”. Po co ryzykować, że liberałowie i ich wspólnicy uformują rząd i odbiorą część praw, możliwości i gotówki (która tu jest na wagę złota), co zresztą zapowiadają? Po co kupczyć wolnymi niedzielami, stawką godzinową, naciskiem na wzrost pensji minimalnej i świadczeniami na dzieci? Wolę kupczyć prawem do aborcji (wiem, to hazard) i do zawierania związków partnerskich. Od lat kreowana jest fałszywa opozycja, która głosi, że PiS zaostrzy pewne reguły, KO/PO je natomiast poluzuje. Nie, to nieprawda – od lat między tymi partiami na polu progresywności obyczajowej nie było różnicy. Jedni mówili „tak, tak, pomyślimy”, drudzy – „po naszym trupie”. Efekt był jeden – nie zmieniało się nic.
Czemu więc nie zagłosuję na KW SLD, skoro w mojej optyce postulaty bytowe łączą się z progresywnymi? Bo nie umiem zaufać twarzom, które jechały po bandzie z liberalizmem gospodarczym, gdy tylko były u władzy. Współrządzenie z PO nie jest w ich wypadku wykluczone. Powiedziałam „sprawdzam” i nie potrzebuję czekać na zbawcę na białym koniu. Chcę podstawowych standardów i otrzymuję je teraz. Otrzymują je moi bliscy i sąsiadka, która jeszcze kilka lat temu miała stare okna, a partner na prośbę o 5 zł na słodycze dla dziecka odpowiadał jej: „Nie mam, rozumiesz, nie mam”. Z tej perspektywy pełny żołądek i wiedza, że za miesiąc nie zabraknie pieniędzy, są nie do przecenienia. Mój interes klasowy nie pozwala mi handlować status quo. Moja solidarność z rodziną i sąsiadami nie pozwala mi ryzykować teraz, gdy od zaledwie chwili jest lepiej.
W wyborach zagłosuję na Danutę Nowicką z PiS, z wykształcenia metalurżkę, związkowczynię z huty żelaza w Zawierciu, przez lata przewodniczącą hutniczych struktur „Solidarności”, otwarcie protestującą przeciwko zwolnieniom w zakładzie, numer 4 na liście.
Jej hasło wyborcze to „Praca, nie obietnice”.”
MAGAZYN KONTAKT PL. 27 czerwca 2022
Magdalena Okraska, Magdalena Czubaszek – rozmowa
„Ponoć oczytana klasa średnia cię nienawidzi.
Jestem dziewczyną i reporterką z Zawiercia. Mieszkam w miejscu, w którym nie ma Ubera. Przyjechałam tu do męża; pochodzę z niewielkiej miejscowości w kujawsko-pomorskim. Mam prawie 42 lata. Kształcę się na pracownicę socjalną, aby pomagać bytowo i czasem medycznie najbiedniejszym. Wiem, że niektórzy mają mnie za tandetną, głupią, źle ubraną. Ubieram się tak jak ludzie, z którymi współistnieję na co dzień.
Nie chcę być nikim wyjątkowym. Chciałabym tylko, żeby mnie szanowano, ale jest problem, bo zajęłam stanowisko i to jeszcze na własnych zasadach. Drażnię niektórych, bo moja książka dochodzi do sedna inną drogą.”
„I dochodzimy do sedna. Dla niektórych to problem, z kim się zadajesz.
Główną drzazgą jest dla niektórych fakt, że głosowałam na Prawo i Sprawiedliwość. Ludzie potrafią wystawić mi ocenę 1 na 10 z uzasadnieniem: „ta pani głosowała na Andrzeja Dudę”. W 2015 roku, gdy wybory wygrał PiS, w mediach zawisło wielkie pytanie: „Jak to się mogło stać?”. Widziałam posty ludzi, którzy na serio nie znali żadnego wyborcy PiS. To z kim oni żyją? Jak bardzo się zamknęli na innych? Pamiętajmy, że ludzie potrzebują dowartościowania, uznania własnej godności, a PiS im to daje. Zasługuje na te głosy przez kolejne trzydzieści lat, choćby na kredyt. Jeżeli ktoś wtedy – te dziesięć czy piętnaście lat temu – nie pracował w warunkach, które wówczas panowały na rynku pracy, to tego nie zrozumie. Sama zapierdalałam w gastronomii na czarno i naprawdę bym nie chciała powtórki.
Ja też pamiętam te czasy w gastro – 4 złote za godzinę, choć na PiS nie głosowałam.
Pamiętam nawet w Zawierciu ogłoszenie: pani zatrudni do obsługi chrzcin. Cały dzień pracy – 30 złotych. Dziewczyny się zgłaszały. Albo na zmywanie naczyń po komunii. Ludzie są zdesperowani, gdy nie ma pieniędzy. Dzięki PiS-owi wiedzą, że mają prawo je zarabiać godziwie, żądać takich stawek, które pozwolą im przeżyć.
Mój szwagier obsługuje stanowisko do paintballa, tutaj na Jurze. Wręcza piłeczki facetom, którzy przyjadą z Warszawy na integrację. Teraz dostaje 20 złotych za godzinę, a nie 4. To jest różnica dla większości Polski, a klasa średnia dalej nie rozumie, że operuje wyłącznie upokorzeniem.
Klasa średnia nie zacznie cię słuchać, jeśli będziesz nieustannie wytykała jej błędy. Skąd u ciebie tyle idealizmu?
Ludzie mają swoje potrzeby, na które trzeba odpowiedzieć. Chcą zarabiać pieniądze, chodzić na kebaba, rodzić dzieci, organizować im komunię i jeździć na hulajnodze. Nie każdy będzie chciał doświadczyć „innego życia” w wielkim mieście. Przepraszam, ale nie wszyscy musimy aspirować. Ludzie mają prawo czuć się w swoich miastach dobrze, czy to jest Poręba, czy to Zawiercie, czy Włoszczowa. Jeśli nikt nie będzie ludziom umniejszał, ani nie odzierał ich z godności, to nie ma się czego bać.
A na czym polega to odzieranie?
Wiemy od zawsze, że masy przegrywają, przegrywały i będą przegrywać. Nawet jak za PRL mówiono, że robotnik ma zarabiać tyle samo, co inteligent, to wciąż się mu podsrywało tekstami w stylu: „a ty to rowy kopiesz”. Ta klasowa warstewka pozostała. Jest bardzo w Polsce widoczna. Że żul, że pijak, że baba bez zęba na przedzie. Ten, który stoi pod sklepem albo bierze zasiłek, jest najgorszy.
Dlatego nie lubisz tych, którym się „udało”.
Nie, bo oni zwykle grają na upokorzeniu. Na tym, że ktoś jest tandetnie ubrany, że nie aspiruje, że nie wyjechał, nie widział świata, że się nie zna, że coś zajarzył pięć lat po fakcie. Według znacznej części klasy średniej chyba wszyscy mamy się rozwijać linearnie – i nie wiem, co dalej? Wszyscy zamieszkamy w Warszawie? Nie cierpię tego sformułowania, ale to jest tak zwany drenaż mózgów. I nie ma co się dziwić, że ludzie będą mieli poczucie niesprawiedliwości. Nie wszyscy chcą się stać panią z dolnego Mokotowa, która czyta „Wysokie Obcasy”. Można być szklarzem i mieszkać w Zawierciu – to jest w porządku.”
ZIEMIA JAŁOWA
Opis okładkowy
„Ci, których kolorowy pociąg z napisem „transformacja” powiózł wesoło daleko w przód, nie są w stanie po prawie trzech dekadach zrozumieć, że ta sama zmiana zostawiła daleko w tyle setki tysięcy czy miliony ludzi z większych i małych ośrodków. Nikogo z beneficjentów sytuacji nie interesowały losy pana Heńka z prywatyzowanej huty, pani Marioli z niepotrzebnego nagle osiedlowego magla czy pana Zdzisława z zamykanej odlewni. Po co, skoro kolorowy pociąg pędził przed siebie w stronę Europy, a żeby z niego nie wypaść, trzeba było mocno trzymać się na zakrętach? Trudno odwracać się w pędzie.
Plan Balcerowicza był wyrokiem śmierci dla mniejszych ośrodków. Życie, które od przedwojnia toczyło się wokół kopalni, huty, odlewni czy wytwórni, kilka razy zamigotało i przygasło, najlepiej z zyskiem.
Czyim? Na pewno nie tych, o których jest ta historia.”
SPOTKANIE DKK „KAŻDY KOCHA DYSLKUSJE”
Dyskusja była burzliwa, sentymentalna, klubowicze subtelnie starali się omijać tematy ściśle polityczne, co nie znaczy, że nie podzielili się z innymi swoimi doświadczeniami związanymi z transformacją ustrojową naszego kraju, a jeżeli chodzi o samą książkę – cóż – przeczytajcie i sami stwierdźcie do jakich wspomnień i przemyśleń Was skłoni…
