Mircea Cărtărescu - "Solenoid"
„Solenoid” to jedno z tych literackich wyzwań, na które rzuca się pewien specyficzny typ czytelnika – wyznawca powieści totalnych. Po „Ulissesie”, „Tęczy grawitacji” czy „Niewyczerpanym żarcie” nadszedł czas na 800-stronicowe, immersyjne dzieło Mircei Cărtărescu, rumuńskiego pisarza często wymienianego w gronie kandydatów do nagrody Nobla. „Solenoid” to dobra okazja, żeby na długie tygodnie zanurzyć się w Bukareszcie, który w powieści rozrasta się do rozmiarów wszechogarniającego miasta-labiryntu. Główny bohater to nauczyciel rumuńskiego w szkole podstawowej, ale też niespełniony pisarz, który – w przeciwieństwie do Cărtărescu – wygłosił na seminarium swój debiutancki poemat „Upadek” i został za to wyśmiany. Pozostaje mu gorzki bunt wobec literatury, frustrująca praca z dziećmi i niekończące się rozważania nad naturą rzeczywistości i granicami jej poznania. Narrator nieustannie rozpamiętuje liczne traumatyczne epizody ze swojego dzieciństwa, rzutujące na jego dorosłe już neurozy i niepokojące sny. Zgłębia zakamarki Bukaresztu, pełnego tajemniczych przestrzeni, takich jak muzeum pasożytów, powiększonych do ogromnych rozmiarów czy kostnica z gigantycznym fotelem dentystycznym i posągiem bogini. Bohater odkrywa, że kluczowym elementem ukrytej architektury miasta są tytułowe solenoidy - cewki wytwarzające pole magnetyczne, stanowiące swoiste miejsca mocy. Jeden z nich znajduje się nawet w podziemiach jego domu i za dotknięciem guzika pozwala mu lewitować nad łóżkiem. Narrator stara się dotrzeć do rzeczywistości schowanej za rzeczywistością, czego metaforą jest tesserakt, czterowymiarowy hipersześcian, który prowadzi próbujące go sobie wyobrazić umysły na skraj szaleństwa. „Solenoid” to powieść nienasycona – pretensjonalna, brawurowa, przytłaczająca. Przede wszystkim jednak wybitnie napisana (w doskonałym tłumaczeniu Joanny Kornaś-Warwas) – język Cărtărescu to niezwykle pojemny nośnik, zdolny połączyć odległe rejestry, od filozoficznej powagi po groteskowy humor.
K. Kućmierz